Zapewne każdy zna kawałki 'If you are going to San Francisco' Scotta McKenzie, 'California dreamin' The Mamas & The Papas, 'Hotel California' Eagles :) no a my właśnie zamierzaliśmy spędzić kolejny tydzień w tym słynnym stanie.
Granicę Kalifornii z Oregonem przecięliśmy wieczorem, i już majestatyczna góra Hammer i fenomenalny zachód słońca zapowiadał niezapomniane wrażenia.
Pierwszego dnia wjechaliśmy do San Francisco od strony północnej prosto na trasę w stronę Golden Gate Bridge. Trafiliśmy na pogodę wyjątkową, wg mieszkających tam osób - wyjątkowo ciepłą. Było około 30 st. C i mięliśmy okazję zobaczyć most w całej okazałości, wcale nie spowity mgłą. Myślałam wcześniej, most jak most, ale był... naprawdę piękny :) Spędzamy dużo czasu na wzgórzu przy moście, potem wchodzimy na niego, ale idziemy tylko do połowy, bo długość to aż 2,7 km. Na moście niesamowicie wieje, mam wrażenie, że zaraz nas zdmuchnie do cieśniny Golden Gate i będziemy zaliczeni do grona samobójców (Z Golden Gate Bridge skoczyło już ponad 1000 osób, na moście znajdują się specjalne telefony zaufania dla osób chcących targnąć się na swoje życie; budowa mostu pochłonęła podobno również sporo ofiar, więc to w sumie dość poważne miejsce). Most zagrał m.in. w filmach "Wywiad z wampirem" i "Superman". Jest bardzo wytrzymały na trzęsienia ziemi, ale w planach jest umocnienie go przed wstrząsami na około 8 st. w skali Richtera.
Tego dnia po raz pierwszy rozdzielamy się na dwie dwójki :). Więc relacja z San Francisco będzie dotyczyła tylko W. i mnie. Wieczorem umawiamy się z dwójką przyjaciół W., którzy przyjechali tutaj na wakacje z Nowego Jorku, to V. i V., małżeństwo z Kazachstanu. Idziemy w stronę wybrzeża (którego już nie mogę się doczekać!) i jest coraz zimniej i wietrzniej. Jesteśmy w Kalifornii, w sierpniu, ale pogoda wieczorna jest typowa jak dla San Francisco, taka na długie spodnie i bluzy, koniecznie z kapturem. Na wybrzeże zeszliśmy w okolicy Lincoln Park, tuż przed zachodem słońca. Lwy morskie i foki wydawały śmieszne odgłosy. Wbiegłam do oceanu spokojnego po raz pierwszy w życiu. Było, co tu dużo mówić, niesamowicie, zwłaszcza, że to było moje marzenie... Przy okazji zgubiliśmy komórkę, bo przypływ był bardzo gwałtowny (ale znaleźliśmy pod wodą, po ciemku, nie wiem jak :) i jeszcze działał:)).
Potem dość trudno było wrócić do centrum (tak jakby po 9 pm miasto wymarło), ale złapaliśmy jeden z ostatnich wieczornych autobusów i przeżyliśmy duże zaskoczenie:) Autobus jechał w stronę centrum, zapełniał się młodymi ludźmi, którzy w pewnym momencie zaczęli żartować z tłoku, dyskutować z kierowcą, który kazał im się przesuwać do tyłu, tak aby wchodzący mogli się zmieścić. Ktoś zaczął śpiewać, inni to podchwycili, i potem zaczęli sobie przypominać piosenki ze szkół, takie, które zna większość i śpiewać. Ktoś powiedział w pewnym momencie "it is the best bus i have ever taken" :)
Wieczorem wspinaliśmy się w górę i w dół po niezwykle stromych ulicach centrum San Francisco. Więc znowu zasnęliśmy po całym dniu jak zabici :)
Rano w niedzielę wybraliśmy kościół w downtown, ja chciałam koniecznie być na mszy z muzyką gospel. No i niezawodny GPS oczywiście znalazł i taki kościół, oddalony zaledwie o 15 min pieszo od hotelu. W kościele zostaliśmy zauważeni, może się czymś wyróżnialiśmy?, i jakaś pani zapytała czy nie moglibyśmy ponieść darów. I said - 'OK' :)
Chór gospel, oryginalny, wow (śpiewałam w polskim 1.5 roku, no i wreszcie w oryginale, na amerykańskiej ziemi miałam szansę usłyszeć), składał się z ... 4 osób łącznie z pianistką :) Ale mimo wszystko klimat był bardzo niezapomniany :)
Cały dzień spędziliśmy w centrum SF skupiając się na China Town (nic wartego opisania, jak w każdym innym mieście, gdzie są dzielnice chińskie), Russian Hill, gdzie jest Lombard Stret - najbardziej zakręcona ulica świata, Fisherman Wharf okolicy portowej z której można pojechać na wycieczkę do Alcatraz. Z wybrzeża wracamy w dół w stronę Downtown i hotelu słynnym historycznym już tramwajem Cable Car i zwiedzamy muzeum Cable Car, gdzie W. analizuje mechanizm działania kolejki. Oczywiście zdjeżdżając tramwajem stoimy na podeście na zewnątrz, tak żeby było więcej adrenaliny. Tramwaje wymijają się tak blisko, że można spokojnie otrzeć się o ludzi stojących na podeście mijanego Cable Car. Tym razem jemy obiad w chińskiej restauracji, meksyk poszedł na razie w odstawkę i ok 17.00 łączymy siły, pakujemy auto i wyjeżdżamy w stronę Yosemite NP.
San Fancisco zaskoczyło nas poza tym dużą ilością bezdomnych. Ciekawą architekturą. Niezwykle stromymi ulicami!! Nie wyobrażam sobie jeżdżenia na rowerze po tym mieście, ani parkowania prostopadle, chociaż ludzie tak potrafią, co widać na załączonych zdjęciach :)

Spacerując po moście i czekając na ratunek Supermana

Lombard Street na Russian Hill, czyli najbardziej zakręcona ulica świata

Kolor Golden Gate Bridge jest bardzo charakterystyczny

Ten most jest naprawdę wielki..

Pierwsze chwile nad Oceanem Spokojnym, ach!


Miasto nocą

Światowiec, nie mogło go zabraknąć

Zaraz się miniemy... :)a stojących na podeście będzie można dotknąć, tak mała odległość jest pomiędzy wagonami

Z okna hotelu Holiday Inn

Samochody zaparkowane równolegle - szacun dla tych, którzy to potrafią :)

Widok z ulicy prawie w samym centrum miasta, na środku szyny kolejki Cable Car, która jest 'przeciągana' liną znajdującą się pod nawierzchnią drogi

Typowe domki w SF, dwupoziomowe, 'sklejone' ze sobą, w pastelowych kolorach

Słynne więzienie na Alcatraz, teraz już tylko dostarcza emocji turystom, wyspa jest całkiem blisko dzielnicy portowej

Sklep 'rybny' w China Town i przysmaki ledwo żywe, brrrrrrrr